Powinniśmy natrętnie, namolnie, dzień po dniu, świdrować, dopytywać, odkrywać może, zapytywać o życie.

O tego dziwnego, zamieszkującego nas robaka, poruszającego się przez Kosmos ze zmienną prędkością, żywiącego się świadomością znajdywaną w szczelinach sensu.

Jakkolwiek tak właśnie żyje większość ludzi, przeżywanie życia „po prostu”, jest marnotrawstwem.

***

Wyprawa do księgarni. 

Lubię patrzeć na banalne aktywności jak na coś wyjątkowego. 

Zakupy stają się „zdobywaniem” jedzenia, zarabianie pieniędzy „walką” o byt, przechadzka do księgarni „wyprawą”.

W ramach tej metafory, książka to tajna broń, ukryta w magazynie półki.

Kiedyś wystrzeli, powali czytelnika, rykoszetem zrani piszącego, przedrze się poprzez powłokę przyzwyczajeń, zagra jak organy Stalina.

One tam leżą, w bibliotekach, w księgarniach, na ladach, na półkach. Czekają na swoje pięć minut, kiedy znajdą się w świetle reflektorów i wstrząsną światem.

A ja, białoskóry myśliwy, z wiecznym piórem wpiętym w kieszeń, skradam się, węszę, poluję. 

Wyrwałem ostatnim rzutem banknotu na ladę, słynny wykład „O wciskaniu kitu” – jeden z najżywiej komentowanych naukowych bestsellerów ostatnich lat.

Rzeczywiście, szczególnie teraz, niezwykle aktualna pozycja.

Dowiaduję się z niego, że „Wittgenstein poświęcił znaczną część swoich filozoficznych wysiłków rozpoznawaniu i zwalczaniu tego, co nazwał zdradziecko szkodliwymi formami „niedorzeczności”.

Hurra! Idę z Wittgensteinem łeb w łeb. 

Razem robimy tą samą robotę.

Dobrą robotę.

Dorwałem też inne dzieło, o którym nic nie powiem, bo będzie stanowiło miłe źródło inspiracji przez dość długi czas. 

Przystępna kieszonkowa książeczka, o przyjemnym, nie rzucającym się w oko, szarym kolorze okładki.

Tytuł żywcem wzięty ze mnie samego, ale jak powiedziałem wcześniej, tajemnicy nie wyjawię.

Rzeczy, które pozostają w ukryciu mają podwójną siłę. 

Żywią się sokami ze schowanych przed wzrokiem, tajnych źródeł, budzą niepokój, stymulują kreatywność.

„Jesteśmy głęboko zdumieni i zaskoczeni, gdy odkrywamy, że istnienie dane nam bezpośrednio jest zarazem przed nami ukryte.” – pisze autorka.

Autorka! 

Kobiety z siłą wkraczają do rozważań Istotności i chwała im za to. 

Proponują inny, niemęski, szalenie ciekawy dla mnie, sposób patrzenia na rzeczywistość.

Robiono niedawno badania nad skutecznością grup i okazało się, że nie te grupy były najlepsze, w których było najwięcej osób o wysokim IQ, ale takie, w których było najwięcej kobiet.

Zaskakujące.

Inną autorką, na którą wydałem ponad 50 zetełów, czyli małą fortunę, jakby powiedzieli Francuzi, była Reay Tannahill. 

Prawdziwa uczta.

Co prawda nie wiem, czy się nadaje na wizytę w kościele, gdyż na okładce widnieje reprodukcja obrazu Constantina Hansena pt „Spoczywająca”.

Przedstawia nagą kobietę, leżącą i patrzącą wprost w oczy czytelnika. 

Bez wstydu i zażenowania, ciepła i pogodna.

Taka też jest i ta książka. 

Autorka wzywa na świadków największe autorytety, między innymi Pieśń nad pieśniami:

„O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja,

Jak piękna,

Oczy twe jak gołębice!”

Król Salomon nie wyraziłby tego lepiej.

Opisuje prehistorię, czasy średnie i nowoczesną aktualność. 

Kończy pesymistyczną refleksją, że nie zanosi się na to, aby człowiek został własnym suwerenem.

Tytuł?

„Historia seksu”.

A żeby ukarać się za nadmierną frywolność, w charakterze gumy do żucia, kupiłem też „Prawdę i metodę” – książkę dość nieprzyzwoicie opasłą Hansa-Georga GADAMERA. 

Leżała jakoś niepopularnie, skrzętliwie omijana przez lekkie umysły.

Będę ją powoli przeżuwał przez kurczące się noce mijającej powoli zimy, mając nadzieję, że w końcu zdobędę jakiś pogląd na dręczące mnie od dzieciństwa zagadnienie PRAWDY.

Nie mam co prawda zbyt wielkiej tej nadziei, ale czyż nie temu właśnie służą książki, aby pod pretekstem zdobywania mądrości, przytrzymywać nas w sferze złudy?

Złapałem też udekorowaną trzema czerwonymi kwadratami książkę „O sztuce rządzenia według Mozi, Mengzi, Xunzi, Han Feizi” z tekstem chińskim i polskim.

„ Zatem Syn Niebios jest najwyżej postawiony i najbogatszy na świecie.” -jest w niej napisane.

Jaki prosty wydaje się z tej perspektywy coaching. 

Wystarczy zostać Synem Niebios, aby rozwiązać większość problemów. 

„Dla wysokiej pozycji i bogactwa trzeba być posłusznym woli Nieba.” – pisze Mistrz Mozi, znany jako Mistrz Mo ( lub Micjusz ), który żył w czwartym wieku przed naszą erą.

Chrześcijanie uważali go za naturalnego chrześcijanina (anima naturaliter christiana), a komuniści za pierwotnego komunistę (proto-komunista).

„ … wzajemna nieróżnicująca miłość i działanie na korzyść innych, zawsze przynoszą nagrody” – pisał.

Jakże nowocześnie to brzmi, dwa i pół tysiąca lat później.

Autor:

Henryk Szmidt, hszmidt@wanadoo.fr

Oceń ten post.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *