Gdy przykładamy oko do tematyki rozwojowej, to na powierzchni widać slogany.

Krótkie, zwarte zwroty, które niegdyś były pojemnymi metaforami, ale kiedy trafiły do publicznego ucha, to wtedy zaczął się ich koniec.

Ich gardło, niegdyś tak dźwięczne i wibrujące mocą, zostało wyświechtane przez nieopanowane użycie.

Teraz leżą jak stare szmaty w przedpokoju nauki.

Jak piosenka, zbyt natrętnie powtarzana, wwierca się w ucho i traci swój urok, tak one wytarły swój świeży sens i nikt się nie zastanawia teraz nad tym, jakie znaczenie naprawdę niosą.

Należy do nich mówienie o DRODZE rozwojowej.

To nigdy nie jest dróżka, ani ścieżka. 

Droga brzmi dostojniej, podobnie jak Szariat i Tao, które także odnoszą się do tego samego.

Właściwie nie tyle się odnoszą, a znaczą to samo.

Zgodnie z „legendą” tego sloganu, każdy kroczy po takiej drodze, wiodącej od ignorancji do mądrości, a ona sama jest podzielona na ETAPY, które dumnie są podkreślane przez tych, którzy jakoby już weszli na „wyższe”.

„Jeszcze nie jesteś na tym etapie” – mówią „wtajemniczeni”; powinieneś przezwyciężyć ograniczenia tego „stopnia”, czeka cię teraz „kolejny etap”; to „etap przejściowy” , „jutro będzie lepiej” – mówią.

I tak wygląda życie, jeśli zgodnie poddamy się tej wizji drabiny wiodącej do nieba.

Jakie są tego konsekwencje?

Dobre i złe.

Dobre, bo pozostajemy w ruchu, a złe, bowiem nigdy naprawdę nie jesteśmy tam gdzie jesteśmy, zawsze oko naszego umysłu spoczywa gdzie indziej, w przyszłości, w miejscu docelowym, w ideale, do którego aspirujemy.

Mówimy sobie : – to co mamy, to co jest teraz, to nic.

Jutro dopiero będzie coś.

Pojutrze lub za rok zrobimy znaczący postęp a za lat dziesięć osiągniemy niebo.

I oczywiście mijają chwile, układają się w godziny, a te we dnie, miesiące i lata.

Życie powolutku przepływa a my dalej jesteśmy w drodze, wspinamy się i mamy nadzieję wejść na następny etap.

Pozbawiamy się prawa na przeżywanie tego co jest, takim jakie jest.

Wszystko staje się niewystarczające, prowizoryczne, nigdy nie możemy zamieszkać we własnym domu, nawet ta nomadyczność staje się naszym tytułem do chwały.

Zapominając o elementach stałych, poddajemy się terrorowi zmiany.

Jakaż ta zmiana jest dobra, zmieniać się należy, trzeba przyspieszać naszą transformację, dostosowywać do zmiennego kontekstu – mówią rozliczne techniki rozwojowe.

Zmiana to przejście jakiejś cechy albo rzeczy w inną.

Gdy zmieniamy się, to musimy wziąć pod uwagę kilka istotnych elementów.

Po pierwsze kim jesteśmy dzisiaj.

Po drugie kim mamy się stać.

I po trzecie, jak mamy tego dokonać.

Potem idą w zwartym szeregu inne parametry: czas zmiany, jej zakres, jak długo nas ona zajmie, ryzyka z nią związanie, itp itd.

Proces się komplikuje w miarę jak metodologia zmiany ukazuje całą swoją kompleksowość.

Będziemy rozważali sprzymierzeńców zmiany i przeszkody stojące nam na drodze, wizualizowali szerszy kontekst i wymagania chwili, wartości i marzenia.

Całe nasze życie.

Wpadamy w pułapkę fascynacji zmianą.

Po drogach rozwojowych pretaczają się tabuny rozwojowych nomadów, wyposażonych w narzędzia rozwoju. Oceny okresowe, mierniki performancji, wagi mierzące wartości i pistolety do ich zaszczepienia 

A kiedy próbujemy się jakoś racjonalnie przymierzyć do tematu, to nic nie jest proste.

Czy kiedykolwiek zjawił się u was ktoś mówiąc, że chciałby się „rozwijać”?

U mnie nigdy.

Wydaje się, że ludzie mają inne problemy na głowie.

A gdyby i się zjawił to co z nim robić?

Oczywiście, to nie jest proste.

Mamy zaczynać od tego co rozumie on przez „rozwój”?

A może od diagnozy sytuacji obecnej?

Może wystartujemy od jego marzeń, lub od zdefiniowania tego kim chciałby on być, od przeszkód, albo od listy słabych czy silnych stron?

Nie wiadomo.

A w ogóle to w jakim paradygmacie rozwojowym się umieścimy?

Jeśli będziemy pracować zgodnie z Freudem to „… celem pracy psychoanalitycznej jest zrozumienie przez pacjenta istoty i przyczyny odczuwanych dolegliwości i przeżywanych trudności oraz zmiana postaw i zachowań w relacjach z innymi ludźmi.”

[http://terapiapoludzku.org/psychoanaliza-i-psychoterapia-analityczna/]

Ho, ho to dopiero mętlik.

„Celem coachingu jest zrealizowanie przez klienta jego celów” – Łoboże, wchodzimy tutaj na metapoziom, dobrze jeszcze, że nie na metametapoziom, … .

Co mówi analiza transakcyjna? „… zrozumieć i w prosty sposób wyjaśnić powstawanie konfliktów między ludźmi.„

To przynajmniej jest zrozumiałe.

I przechadzając się po meandrach drogi rozwojowej, orientujemy się z czasem, że bardziej to przypomina labirynt niż drogę.

Droga bowiem wiedzie od punktu A do punktu B, a tutaj, nie tylko nie wiemy w jakie rozgałęzienie wejść, ale także jakim środkiem lokomocji mamy się poruszać i gdzie nabyć mapę.

Jeśli jesteśmy osobą choć trochę zastanawiającą się nad własnym działaniem, to stajemy bezradnie na najbliższym skrzyżowaniu

i przyglądamy się tabunom galopującym chaotycznie, bez ładu i składu, we wszystkich możliwych kierunkach.

Krzyczą, że znaleźli rozwiązanie, pohukują „Zmiana, zmiana, zmiana!”, zachęcają innych, aby podążali ich śladem, tworząc rozliczne modele, kursy rozwojowe i wydając certyfikaty.

———————————————————-

A czas płynie swoim rytmem, wciska się w szczeliny myślenia, pokazuje jego wątpliwości, powoli rozgniata wszystkie te koncepcje i pozostawia nas wobec niepodzielności podstawowej przestrzeni i oryginalnej czujności.

Autor:

Henryk Szmidt, hszmidt@wanadoo.fr

Dodaj komentarz