”Please see the following link to book and schedule a coaching time that is convenient for you”. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to zdanie w niebiznesowej wiadomości na LinkedIn, a poniżej link do aplikacji Calendly, byłam zaciekawiona. Cóż za efektywny sposób nawiązywania relacji! Bosko. Gdy ta relacja okazała się próbą sprzedania mi procesu career coachingu, mój zapał znacznie zmalał. Poczułam się zrobiona w balona i wmanewrowana w odmawianie. Słowo „NIE” nie kojarzy mi się z networkingiem. Chciałam kontaktu z człowiekiem, a nie ze sprzedawcą. A tu trafiła mi się konsumpcja zamiast komunikacji. Po 30 takiej wiadomości wzrosło moje poirytowanie. Wróćmy jednak do początku tej historii.

W lipcu 2017 roku po raz pierwszy zaczęliśmy z mężem omawiać idę relokacji rodzinnej do Doliny Krzemowej na jakieś 2 lata. Marcin mógł tam się przenieś do firmy, w której i tak już pracował, a ja mogę przecież zarabiać pieniądze gdziekolwiek, jako coach specjalizujący się w pracy zdalnej zespołów IT i autorka książek, które można pisać nawet pod palemką. Palemek, co prawda, w Dolinie Krzemowej nie ma aż tak dużo, jednak metafora została.

Ta-da!

Ponieważ kilka razy w życiu już miałam okazję budować swoją markę w różnych przestrzeniach zawodowych i geograficznych, nie czułam się jak biedna sierotka i postanowiłam zmierzyć się z wyzwaniem od razu. Nawet jeśli wizy nie dostaniemy (widmo Trumpa i jego obsesji dotyczących emigrantów) to przynajmniej będę miała okazję poznać różnych coachów, trenerów i klientów na całym świecie. Pierwsze moje kroki skierowałam do niezawodnego LinkedIn. Naczytałam się o social sellingu od kilku LinkedIn-owych guru i zabrałam się do dzieła. Budowanie networku poprzez poznawanie ludzi na grupach, komentowanie, udostępniania własnego contentu stało się moją codziennością. Nadal, po 7 miesiącach od przeprowadzki, jest. Bo networkowanie to jedyny skuteczny sposób na biznes coachingowy w USA. Tego nauczyłam się od moich kolegów stąd. 

Chętnych do nawiązania kontaktu z San Francisco Bay Area i innych miejsc w USA nie brakowało. Problem w tym, że każdy z coachów wysyłał mi zaraz dostęp do apki kalendarza. „Miło ciebie poznać Inga. Zapraszam na krótką rozmowę. Znajdź dla siebie dogodny termin w Calendly.” Bach. Okna na rozmowę są zazwyczaj 15-minutowe, więc szczodrze. Nie chodzi o to, że tylko 15 minut, tylko o to, że cały ten zabieg na kilometry pachniał mi sztucznością i przypominał „cold caling” w wersji „cold messaging”. W wiadomościach, które były odpowiedzą na moje zaproszenie do kontaktów z krótką wiadomością na mój temat, zazwyczaj nie było żadnych nawiązań do mojego maila.

Dąsałam się na to przez jakiś czas, jednak w końcu doszłam do wniosku, że inaczej niż za pomocą tej aplikacji nie dowiem się, jak to jest na tym rynku i nie pogadam z żywym człowiekiem. Połowa zaproszeń do umówienia spotkania to wciskanie na siłę produktu albo usługi, nawet osobie, która nie jest zainteresowana kupnem. Reszta okazała się dobrym sposobem na poznawanie potencjalnych kolegów profesjonalistów i networking. Przede wszystkim udało mi się dzięki tym 50% kontaktów dowiedzieć i zrozumieć, jak prowadzić tu biznes. Tutaj uwaga, nie od strony formalnej, bo ludzie boją się tu konsultować w obszarach, w które Polacy chętnie sobie nawzajem pomagają, na wypadek, gdybym chciała potem zaskarżyć kogoś za udzielanie złej rady.

Witajcie w Ameryce!

Dowiedziałam się za to wiele na temat organizacji coachingowych, MeetUp-ów, spotkań z coachami, do jakich firm konsultingowych aplikować, a do jakich nie. Sporo atrakcyjnych i wartościowych informacji.

Mała grupa, po poznaniu bliżej mnie samej i moich umiejętności w obszarze coachingu, rekomendowała mnie dalej innymi osobom. Za co jestem niesamowicie wdzięczna, bo dzięki temu nie byłam już anonimową emigrantką z Polski, tylko coachem wartym polecenia. To kolejna ważna lekcja, bez rekomendacji z samego USA ciężko w USA zrobić cokolwiek. Każda firma, z jaką się kontaktowałam pytała mnie o osobę „lokalsa”, która może poświadczyć moje umiejętności. Nieważne, ilu wysoko postawionych klientów z Europy chciało to zrobić, zawsze ustne referencje (przekazywane telefonicznie) od klienta ze Stanów Zjednoczonych były najwyżej cenione. Polecenie przez innego coacha też miało moc sprawczą. Dowiedziałam się też, o co chodzi z tym przeklętym Calendly:

„Musisz automatyzować dziewczyno. Upraszczać, co się da. Nawiązywać będziesz relację, kiedy ktoś zadzwoni. Calendly wcale nie obliguje ciebie do sprzedawania. Wkurza ciebie forma maila? Że taka sucha? Zastanów się, czy masz czas na personalizowanie każdego maila do każdego zapytania na LinkedIn?” twierdzi Javier, coach z San Francisco.

Na razie jeszcze mam czas na semi-spersonalizowane odpowiedzi i zapytania, bo bardzo mi zależy na podejściu H2H, czyli Human to Human. Jednocześnie rozumiem już potrzebę automatyzacji na dużą skalę i także brak skrupułów w sprzedawaniu. Tego nauczyłam się od Karen. „Pokazuję Ci co mam do zaoferowania. Kupisz? Świetnie. Nie kupisz? Ok. Nadal możemy się poznać i nawiązać relację. To, co sprzedaję, ma wartość i jest dobre. Dlaczego miałabym się wstydzić, że oferuję wartość innym? Aaa, chodzi Ci o pieniądze? A co złego w zarabianiu pieniędzy poprzez sprzedaż wartościowego produktu i usługi?”

No właśnie. Co złego?

Autorka: Inga Bielińska

Dodaj komentarz